Wycieczka rowerowa ponoć musi być zaplanowana. Tak słyszałam, nie wiem. Ja nie planowałam, czego efekty zbierałam czekając na kolejny pociąg na Kaszuby. Spóźniłam się, bo zapomniałam spakować prowiantu, a plecak okazał się być po prostu za mały. Dwie godziny do tyłu.
Spokojnie, ten pociąg o 15.40 będzie wiózł więcej osób, no bo przecież kto kończy pracę o 13? Przecież jestem na skraju bankructwa i bezrobocia, to mam prawo nie wiedzieć.
Po dojechaniu do Kościerzyny wśród zmęczonych ludzi i z książką ks. Kaczkowskiego, która nie pozwalała mi zachować powagi, wyszłam z pociągu i już wiedziałam, że totalnie nie wiem, gdzie jestem. Ponieważ wszystko było na spontanie, wsiadłam na rower i ruszyłam przed siebie.
Jak już się ogarnęłam, w twarz zaczął mi wiać wiatr i siodełko wbijało mi się w pupę.
Po pół godziny jazdy już ze łzami w oczach, nie poddawałam się
kolejne pół godziny: pierwsze Ku*** leciały
kolejne pół cieszyłam się, że nie mam chłopaka, co celibat od siodełka obowiązkowy, tak z tydzień
kolejne pół godziny już powinnam być na miejscu, ale z muchami w oczach, zimnymi rękoma, bolącymi od tego cholernego plecaka plecami i właściwie pupą w stanie agonalnym, zatrzymałam się w sklepie.
Chciałam tam kupić golarkę do nóg, więc weszłam tylko po golarkę, a wyszłam z bananem, grejfrutem, orzechami włoskimi i laskowymi, ale o golarce zapomniałam. Będę trzeć ser.
ruszyłam
znowu wieje, już nic nie czuję, mam więcej energii od węglowodanów w bananie, zjeżdżam na dół. Piękne widoki, po prostu piękne, ale ich nie doceniałam tak jak może powinnam, bo skupiałam się na tym, aby pedałować pod ten cholerny wiatr, bo ja sama byłam jak żagiel!
po dojechaniu na miejsce, zapomniałam, że mi zmroziło policzki, więc nie mogłam mówić. Jak już coś powiedziałam, to sama tego nie rozumiałam, nie mówiąc (o, ironio) o właścicielu pensjonatu, który mnie kwaterował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz