czwartek, 14 stycznia 2016

Kamerzysta niejednokrotnie musiał się poślizgnąć na krwi wyciekającej z pleców Leonarda. To pewnie była jakaś słodka masa o wyglądzie krwi, tak prostując.

Ten film to cover władcy pierścieni, gdzie z drużyny pierścienia robi się w końcu jakiś oddam, który na pastwę zostawia poturbowanego przez niedźwiedzia, gościa.

No i ten gość żyje, ale nie ma się zbyt dobrze. Jest mocno podrapany przez gryzlii. W momencie, kiedy ktoś zabija jego syna na jego oczach pojawia się chęć zemsty, a na moich pojawiają się łzy. To logiczne, że wzruszająca mnie takie sceny, bo jednak jestem człowiekiem. Przy muzyce tańczę, śpiewam, jem hot doga i się nim brudzę.

W pewnym momencie razem z naszym Leonardo wybieramy się w podróż. Leonardo już dawno powinien nie żyć, ale jakaś siła wyższa sprawuje nad nim pieczę. Otóż nasz bohater bywa morsem, skoczkiem narciarskim bez nart, spadochroniarzem bez spadochronu i potrafi urządzić sobie nieźle spanie krojąc konia na pół i zaszywając się w nim na noc. Ponieważ wyjął bebechy, koń zrobił się szybko zimny, ale znowu jak zmieścić się w brzuchu z kilometrami flaków?

Z filmu pamiętam dobrze jak wszystkim odmarzały palce, a jeśli było w nie ciepło, ktoś przebijał je strzałą (Indianie) lub wbijał w nóż ( pozostali i Indianie)
Lało się tyle krwi, że momentami warto byłoby zrobić jak jak Tarantino, świat w czarno bieli. Na śniegu czerwień wyjątkowo się odznaczała, a momentami kamera też powinna być brudna.

Film super realistyczny i może lepszym słowem będzie rzeczywisty. Słynny Gryzli był tak prawdziwy, że aż mało komputerowy. Temu filmowi należy się oskar za efekty specjalne, które były rzeczywiste, a Leonardowi za to tarzanie się po śniegu, bo jakiejś specjalnej gry aktorskiej tam nie było.

Ogólnie, nie polecam filmu. Ma owszem przesłanie głębsze, ale te dłużyzny. Już wiemy, że człowieka można zabić, ale nie pokonać. Czekam na coś innego. Może minionki, o !


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz